Wielka Korona Tatr, Paweł Orawiec, rekord, usługi, przewodnik, wysokogórski, tatrzański, wspinaczki,

Wielka Korona Tatr w 60 godzin

Mianem Wielkiej Korony Tatr określa się 14 wybitnych tatrzańskich szczytów o wysokości przekraczającej 8000 stóp. Jest to oczywiście analogia do Korony Himalajów - tam, wyrażonej w metrach. Zarówno w największych górach świata jak i tutaj, w skład czternastki wchodzą najwyższe i najbardziej wyniosłe szczyty. Ambitni turyści w asyście przewodników, samodzielni taternicy i alpiniści ale także najbardziej doświadczeni miłośnicy Tatr, zdobywali te wierzchołki od bardzo dawna.

 

Pomysł

Kto by nie chciał wspiąć się na Gerlach, Lodowy, Łomnicę, Pośrednią Grań albo inne okazałe "ośmiotysięczniki"? Oczywiście ludzie, od zawsze, robili to po swojemu, wg ustalonego i wygodnego indywidualnego planu. Wielu osobom, kompletowanie szczytów WKT zajmowało dużo czasu, wiele lat, szczególnie jeśli robili to zupełnie przy okazji swojej aktywności górskiej. Dla innych, "Korona" stała się celem samym w sobie, znakomitym sposobem na poznanie Tatr.

Pewnego razu pomyślałem sobie jak fajnie mogło by być, aby pójść w góry i za jednym zamachem spróbować wejść na wszystkie szczyty WKT. Nie pomyliłem się na pewno co do jednego - zrobiła się z tego mega przygoda! Zresztą, zawsze lubiłem po swojemu - czy to w jaskiniach czy na powierzchni. Lubię samodzielność, konieczność koncentracji, wysiłek... Dużo radości i satysfakcji sprawiało mi korzystanie z umiejętności szybkiego przemieszczania się w trudnym terenie, szczególnie na lekko. Właśnie ta zmieniająca się perspektywa, niemal jakaś transformacja z miejsca na miejsce, to coś co zawsze mnie ekscytowało. Pamiętam dobrze "łańcuchówkę morskooczną". Chyba właśnie wówczas, bardziej konkretnie, pomyślałem o sprawnym przejściu Wielkiej Korony Tatr

Przygotowania

Humorystycznie mogę powiedzieć, że bez skrupułów wykorzystałem walory swojego zawodu przewodnika górskiego. Rozchodzenie, rozwspinanie, kondycja ale też ogólne rozeznanie i znajomość topografii - z tym było nieźle. Samą akcję górską poprzedziło kilka wyjść "rozpoznawczych", choćby przejście Grani Wideł solo free. Założyłem, że nigdzie nie będę się asekurował. Po pierwsze dlatego, aby lepiej poczuć przygodę, a po drugie lina i sprzęt wspinaczkowy to ciężar, na który nie mogłem sobie pozwolić przy obranych założeniach. Taki marny kompromis między stylem "light and fast" i bezpieczeństwem. W plecaku nie było nawet tak podstawowych rzeczy jak apteczka czy kask (wiedziałem, że nie będę sobie mógł pozwolić na błąd) nie wspominając o sprzęcie do gotowania. Był za to woreczek z magnezją, skórzane rękawice laugh i trzy pary butów - podejściówki, do biegania i wspinaczkowe. W plecaku znalazło się miejsce dla cienkiego śpiwora i maty do spania. Mniej więcej rok wcześniej zacząłem też biegać w terenie aby poprawić wydolność.

Trasę opracowałem tak, aby nie zrobić z tej mojej tatrzańskiej przygody jakiegoś biegu kondycyjnego - tak na prawdę nigdy nie lubiłem biegać... Bardzo zależało mi aby włączyć w projekt jak najwięcej elementów wspinania. Chciałem pójść swoją linią, skrojoną do swoich oczekiwań i ambicji ale też dostosowaną do indywidualnych możliwości. To miała być przygoda i wyzwanie. Bez wspinania nie byłoby ani jednego, ani drugiego. No i jak najdłużej chciałem być wysoko, tak aby zejścia w doliny ograniczyć do minimum. Przygotowana linia przejścia uwzględniała utratę sił i koncentracji. Rzeczy najtrudniejsze miały być na początku. Nie do końca wiedziałem czego się po sobie spodziewać, czy uda mi się odpowiednio nawodnić i wyrównać braki energetyczne.

Realizacja

Całość udało się przejść w dniach 27.08.2016 (start na parkingu w Tatrzańskiej Łomnicy) do 29.08.2016 (rozwidlenie szlaków przy Jamskim Stawie)

Na termin trochę czekałem... Potrzebowałem odpowiednich warunków i pogody - bez raków, czekana i ciężkich butów w grę wchodziła tylko druga część lata. Do tego musiałem trafić z formą, ze zdrowiem... Ostatecznie, z parkingu w Tatrzańskiej Łomnicy wyruszyłem 27.08.2016 o godzinie 4.40 nie wiedząc tak na prawdę ile czasu będzie trwać przygoda. Moje wyliczenia wskazywały, że powinno udać się w ciągu 48 godzin, jednak jak to w życiu bywa rzeczywistość, szybciej niż podejrzewałem, zweryfikowała teoretyczne obrachunki. Upał mnie zniszczył... Zaskoczyło mnie totalnie, że prowadząc akcję w tempie, będę potrzebował aż tak wiele płynów, o które wcale nie było łatwo, zwłaszcza wysoko. Kiedy po zejściu z Baranich Rogów dotarłem do Baraniego Stawku, myślałem, że nie wystarczy w nim wody aby zaspokoić pragnienie... Późnym popołudniem wylądowałem w Dolinie Staroleśnej. Zmęczenie i głód zrobiły swoje. Wpadłem do schroniska, napoiłem się, przekąsiłem coś i poszedłem pod Sławkowski poszukać jakiegoś wygodnego miejsca na nocleg. Tutaj wreszcie, na spokojnie, mogłem pomyśleć co dalej. Uznałem, że jednak nie mam ochoty na jakiś szaleńczy bieg bez spania i odpoczynku. Motywacja do wypruwania sobie żył, aby zrealizować pierwotne, czysto teoretyczne założenia przejścia wszystkiego w ciągu dwóch dni, nie była szczególnie wysoka. Cały czas jednak podobało mi się to co robię, że mimo wszystko, skutecznie realizuję piękny projekt, który sam wymyśliłem - czego chcieć więcej? Zwłaszcza, że nawet pogoda uśmiechała się do mnie... no dobra, mogło by być nieco chłodniej ;)

...

Na pewno dobrze zapamiętałem jakąś niemal irracjonalną ciszę na Kończystej. W ogóle niesamowita była ta kompilacja ciszy, rześkiego, już niemal jesiennego powietrza ze światłem wschodzącego lub zachodzącego słońca. To wszystko, przeżywane gdzieś wysoko - nie tylko na Kończystej - potęgowało odczucie przestrzeni, takiej radosnej samotności i świadomości uczestnictwa w czymś niezwykle osobistym. Czymś, co niedługo pozostanie tylko wspomnieniem... To było coś! Utkwił mi też w pamięci kolejny długi, niemal 12-godzinny biwak na Stwolskiej Przełęczy (w towarzystwie kierdla kozic). Zapamiętałem ultra szybki bieg z Rysów pod Krywań i totalne załamanie pogody pod tym ostatnim szczytem, na który wychodziłem w świetle błyskawic i dosadnych komentarzy turystów uciekających przed burzą. Zapamiętam też spokojny spacer - już po wszystkim - w kierunku Szczyrbskiego Jeziora, w drodze na "elektriczkę", wtedy kiedy ciśnienie opadło a w głowie - mimo wyczerpania - pojawił się luzik. Rozstrojony organizm (bóle żołądka, głowy, drżenia mięśni, jakieś inne dziwne symptomy etc.) potrzebował kilka tygodni na powrót do równowagi.

Podsumowując, najtrudniejsze miejsca wspinaczkowe były oczywiście na Grani Wideł ale największy strach odczuwałem na fragmencie Nowoleśnej Grani, a konkretnie na Warzęchowych Turniach (poważna kruszyzna i ekspozycja). Mega niebezpieczne były te wszystkie zbiegania po ledwo widocznych perciach, często po ruchomych piargach, po zboczach z ukrytymi w głębokiej trawie kamieniami i wykrotami. To wymagało niezwykłej koncentracji - mimo zmęczenia - i ciągłej pracy rąk, którymi balansowałem, podpierając się o wszystko co się dało. Para skórzanych rękawic rozeszła sie w proch ;) Dużo trudności sprawiło mi uzupełnianie płynów. Piłem chyba ze wszystkiego co się dało - na pewno wypiłem co najmniej kilkanaście litrów.

Poniżej czasy z kamerki GoPro:

  • start, sobota 27.08.2016
  • Tatrzańska Łomnica 4.40
  • Kieżmarski Szczyt 7.34
  • Łomnica 9.35
  • Durny Szczyt 10.26
  • Baranie Rogi 12.00
  • Lodowy Szczyt 13.35
  • Pośrednia Grań 16.55
  • biwak w Dolinie Staroleśnej
  •  
  • Sławkowski Szczyt 7.23
  • Staroleśny Szczyt 10.46
  • Gerlach 14.31
  • Kończysta 18.05
  • biwak na Stwolskiej Przełęczy
  •  
  • Ganek 7.49
  • Wysoka 9.53
  • Rysy 10.54
  • Krywań 16.01
  • koniec, poniedziałek 29.08.2016
  • rozwidlenie szlaków przy Jamskim Stawie 17.21

LINKI ZEWNĘTRZNE

goryonline.com

tkg-vertical.pl

8a.pl

tatromaniak.pl

wspinanie.pl

wikipedia.org